17-latek bez prawa jazdy swoją poranną podróż zakończył na przydrożnym słupku

06.01.19 | 11:46

Wrocławscy policjanci z ruchu drogowego, mając podejrzenie w stosunku do jednego z kierowców, że może prowadzić auto po alkoholu, od razu postanowili zatrzymać go do kontroli. Mężczyzna ten jednak nie reagował na polecenia, gwałtownie przyspieszył i zaczął uciekać. Policjanci od razu ruszyli za nim, a chwilę później stracił panowanie nad pojazdem i uderzył w przydrożny słupek.

Chcąc w dalszym ciągu uciekać, otarł się też o radiowóz. Okazał się nim 17-latek nieposiadający w ogóle prawa jazdy. Sprawdzenia potwierdziły, że poruszał się autem niedopuszczonym do ruchu. Trafił do policyjnego aresztu i teraz o jego dalszym losie zadecyduje sąd.

Funkcjonariusze Wydziału Ruchu Drogowego z Komendy Miejskiej Policji we Wrocławiu w trakcie pełnienia służby zauważyli kierującego samochodem osobowym, który pomimo niskiej temperatury na zewnątrz, miał całkowicie opuszczone szyby w pojeździe. Policjanci mając podejrzenie, że może to być oznaka wcześniejszego spożywania alkoholu od razu postanowili zatrzymać kierowcę do kontroli drogowej.

Na widok znaków i sygnałów wysyłanych przez mundurowych, mężczyzna gwałtownie przyspieszył i zaczął uciekać osiedlowymi ulicami. Funkcjonariusze ruszyli za nim. Jazda kierowcy była bardzo niebezpieczna i w pewnym momencie doprowadziła do utraty panowania nad pojazdem. Auto uderzyło w słupek znajdujący się tuż przy krawędzi chodnika.

Jeden z funkcjonariuszy wybiegł wtedy z radiowozu, żeby zatrzymać mężczyznę, jednakże ten w dalszym ciągu nie chciał się poddać. Wrzucił wsteczny bieg i gwałtownie ruszając otarł stojący za nim radiowóz.

,,Kierowcą?? okazał się być 17-latek, który nie posiadał prawa jazdy. Samochód, którym się przemieszczał, nie był niedopuszczony do ruchu ze względu na brak aktualnych badań technicznych oraz polisy ubezpieczeniowej.

Posługiwał się jedynie umową kupna-sprzedaży tego auta, na której podrobił podpis swojego opiekuna.

Został zatrzymany i trafił do policyjnego aresztu. O jego dalszym losie zadecyduje teraz sąd. Grozić mu może kara nawet 5 lat pozbawienia wolności.